Tatuś pojechał, a my zostałyśmy same...
Najpierw pojechałyśmy do filharmonii na koncert karnawałowy. Były walce, menuety, polki i polonez. Były błyszczące żyrandole, ogromne lustra i wielkie balkony, które podobały się Lulu najbardziej. Koncert był bardzo przyjemny i pewnie okazałby się sukcesem, gdyby nie fakt, że orkiestra postanowiła dosłownie zagrać polkę Z kowadłem Straussa, używając kowadła. A konkretnie kowala. Czyli wielkiego chłopa z długimi włosami i ogromnymi buciorami. I z wielkim młotem. Co niektóre bardziej delikatne dziewczynki poczuły się nieswojo, a jedna nawet wybuchnęła histerycznym płaczem. Lulu zaczęła wiercić się niepewnie w fotelu i zdaje mi się, że najchętniej dałaby drapaka.
Po przerwie nie chciała wrócić na drugą część, więc pojechałyśmy na zakupy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz