28 listopada 2013

zanim Em przyszła na świat

To musimy zapisać na pamiątkę...
Na patologii ciąży leżałam z czterema dziewczynami, z czego dwie czekały na cesarkę, jedna na naturalny poród, jedna była "na podtrzymaniu".  Bardzo fajne dziewczyny. Ponieważ automat do telewizora połykał monety a pudła nie uruchamiał, o 22:00 zgasiłyśmy światło i grzecznie powiedziałyśmy sobie dobranoc. Po godzinie jedna z nas zaczęła wzdychać, że chyba ma skurcze. Zgłosiła to położnej, została podłączona do KTG, które skurczy nie pokazywało ale za to skutecznie przeszkadzało zasnąć. Bidula skurcze miała coraz mocniejsze, a tu na maszynie nic. Położna kazała chodzić. Jak tamta chodziła, to druga wyznała, że chyba też ma skurcze. Zaczęła sprawdzać z zegarkiem - i rzeczywiście! I znów wezwano położną, znów KTG. Ta pierwsza już została zabrana na porodówkę, kiedy kolejna stwierdziła, że ona też ma skurcze, ale nie pójdzie do położnej, bo pomyślą, że żartuje. Więc cierpiała chwilę w milczeniu, ale tylko do pewnego momentu. W chwili gdy na porodówkę zabierali tę drugą, ta trzecia też się przyznała do skurczy. Jednak zamiast zabrać ją na poród, podano leki rozkurczowe, bo sala operacyjna była zajęta przez tę pierwszą i ta trzecia musiała poczekać ze swoją cesarką do rana. Tymczasem na zegarze zrobiła się trzecia nad ranem. Co za noc! Dodam, że gdy zabierano nasze koleżanki do porodu, na sali natychmiast pojawiała się salowa i zabierała się do ścielenia i dezynfekowania łóżek. 
Nad ranem wreszcie zasnęłyśmy i spałyśmy aż do momentu, gdy o 8:00 nad naszymi łóżkami wyrosło konsylium 3 lekarzy otoczonych 15 studentami. Poranny obchód...
A potem badania, potem zestresowane salowe szorowały sale przed inspekcją Sanepidu, a potem od ok 14:00 indukcja naszego porodu...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz