2 października 2011

pierwszy weekend jesieni

Czasu brak... Trzeba robić kaszkę, wieszać pranie, szukać zagubionego bucika, wstawić kolejne pranie, zmienić pieluchę, powiesić pranie, odgrzać zupę, znowu poszukać bucika, przytulić i otrzeć łzy, zmienić pieluchę, umyć ręce, zamieść wreszcie te okruszki, umyć winogrona, umyć ręce, poczytać choć chwilę o Kici Koci, zmyć rozlaną herbatkę, umyć ręce, przytulić, zrobić kaszkę...

I w ten sposób ani się obejrzałam, a tu minął kolejny tydzień.  Pracowity bardzo, wypełniony godzinami lektorskimi. Była też zarwana noc... 

Więc dopiero teraz o sobocie tydzień temu. Pierwszej sobocie tej jesieni. Pełnej atrakcji, na świeżym powietrzu, rodzinnej i słonecznej. Taty praca zamieniła się w wielki rodzinny piknik. Cały dzień wypełniony zabawą. Dzień, w którym wszyscy byliśmy dziećmi. 


Luizka w igloo, które zmieściło aż ośmioro dzieci. Drużyna wygrała i każdy mógł wybrać sobie nagrodę z wielkiego pudła. Lu oczywiście wybrała piłeczkę. 


 
















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz