29 czerwca 2011

wakacje rozpoczęte!

To będzie dłuuugi post. Dużo zdjęć Lusi, dużo się działo, dużo zmian. Dużo, dużo, dużo... Nie ma kiedy pisać, trudno nadążyć. A Luśka niestrudzona. 
Ale po kolei. 
Najpierw był długi weekend u Babci Dzidki. Całe dnie na działce. A tam same pychotki i tyle przygód! 
Pierwsze czereśnie z Babcinego drzewa nie przetrwały spotkania z Lu-Pożeraczką
Truskawkom się upiekło, na te Lu ma uczulenie
Porzeczki muszą jeszcze dojrzeć...
Niestrudzenie Lu ćwiczyła wchodzenie na schodek i schodzenie ze schodka. A potem znowu schodzenie i wchodzenie....
Dumała...
Stroiła się...
Podlewała...
Pod czereśnią odpoczywała...
To był baaardzo relaksujący weekend!
Szkoda, że tak szybko musieliśmy wracać do domu!
Ale w domu nie daliśmy się nudzie. Poniosły nas talenta rozmaite i weny tfu!-rcze. Lulu miała z tego mnóstwo radości. Kiedyś to powtórzymy!


A potem sprawy potoczyły się naprawdę szybko... Był wieczór kawalerski w kajakach, gdzie Tata opalił sobie piękny prostokąt na łydce i wieczór panieński, podczas którego Tata uczył Lu spać bez cycucha, a Mama się bawiła podczas pierwszych od baaardzo dawna babskich pogaduch. No i potem było wspaniałe wesele. Eleganckie, wytworne, ze wspaniałym jedzeniem, tańcami. I przepysznym tortem bez grama bitej śmietany, ale za to z truskawkową polewą. I z przepiękną Parą. A właściwie Trójką. :) 


I od tego czasu Luizka zasypia z kubkiem niekapkiem pełnym kaszki i budzi się z tymże... Nawet czasem całą noc prześpi. A jak nie, to tylko się do Mamy przytuli, coś pomruczy, może zapłacze czy westchnie i dalej śpi. Coś się skończyło, trochę melancholii zostało, smuteczek taki. Malutki. Ale córuś już zapomniała, aż zdumiona jestem, że tak szybko.

A potem...
Dreptaliśmy w Wilanowie
Dreptaliśmy...
I dreptaliśmy...
Rozwijaliśmy nasze fotograficzne talenty...
W końcu wybraliśmy się do Lublina, pobyć z Dziadkami, powakacjować się... Dzięki Babci mogliśmy wieczorami spotykać się z przyjaciółmi. Jak za dawnych lat. Marznąc na osiedlowej ławce. A Luśka znowu nie spoczęła, tylko się dalej najzwyczajniej w świecie rozwijała. :)
Przechodziła przez próg na balkon. W te i we wte. I tak w kółko. I tak dalej, i tak dalej...
Aż się nauczyła biegle. I to ją bardzo ucieszyło!
Na balkonie u Babci wołała "Ziezi, ziezi!" (czyli "Dzieci, dzieci!). Ze mną się kłóciła. 
Ja: Lu, kto to idzie?
Lu: Tata. 
Ja: Baba. 
Lu: Tata. 
Ja: Baba
Lu: Tata. 
Ja: Nie. 
Lu: Tak. 

I strrrraszny apetyt miała u Babci. Jadła zupę, kurczaka, kiełbaskę, bułeczki, rzodkiewki, jabłuszka, czereśnie, schab, kaszkę... Jadła i jadła. A potem, nazajutrz, już w domu, zrobiła cztery kupy (wybaczcie, że o tym piszę, ale to takie NIESAMOWITE!)


I taki to był czerwiec...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz