Czarny czwartek:
Ubieramy się na spacer. Pada, więc i tak wychodzimy później, niż zwykle. Jest już 12:00. Kropka jakoś marudzi, więc ubieranie jakoś się przeciąga. W windzie płacze już na całego. Wreszcie wiem o co chodzi. Ona już zdążyła zgłodnieć! Wracamy do domu, nawet nie wysiadłyśmy z windy, tylko z powrotem na górę.
Kropka je.
Ubieramy się ponownie. Jak już jesteśmy ubrane, dzwoni ciocia Iza. Miesiąc temu urodziła Zosię. Iza roni łzy, bo Zosia nie chce jeść. Rozmawiamy, porównujemy doświadczenia. W tym samym czasie biorę Kropkę na ręce, aby włożyć ją do wózka i wyjść. Ale jej się ulewa, wprost na piękny dresik, mój śliczny sweterek. Więc znowu się rozbieramy.
Wreszcie wychodzimy.
Ledwie trochę ujdziemy, zaczyna padać. No nic, mamy parasolki. Możemy spacerować w deszczu.
Idziemy.
Odpada mi obcas.
Wracamy do domu.
Teraz piątek:
Postanawiam zadbać o siebie. Farbuję włosy. Bo siwe, i odrosty... Nakładam farbę, Kropka patrzy se swojego leżaczka. Kończę, Kropka się nudzi, więc trochę tańcujemy. Potem robi się głodna, więc trochę przekraczam czas farbowania. Wyszło trochę za ciemno. Efekt? Pan w warzywniaku mówi do mnie: "Oj, chyba pani już bardzo zmęczona dzisiaj!"
I co? Mam się przefarbować?
Na pocieszenie Kropka w Lublinie i Kropki nogi rozkoszne. Dzisiaj śmiała się na głos, gdy powiedziałam do niej: "Jump, rabbit, jump!"
W sobotę Mężuś otworzył oczy i rzekł: "Może byśmy pojechali do Lublina?" Tak też zrobiliśmy. W Lublinie odwiedziliśmy skansen. Nakupiliśmy miodu i chleba.
Ale największą atrakcją w Lublinie był Tomaszek, który wrócił z Londynu. Jakiś taki duuużo większy i bardziej wstydliwy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz