28 kwietnia 2010

Fałszywy alarm

W poniedziałek nad ranem przeżyliśmy fałszywy alarm!
Obudziłam się o 4.50, było mi zimno. Przykryłam się dokładniej i zauważyłam, że jestem od pasa w dół jakaś mokra. Przez sen zaczęłam się zastanawiać jak to możliwe. Spociłam się tak dziwnie? Przecież było mi zimno, więc jak mogłam się spocić? No nic, pomyślałam, to na pewno wody mi odeszły...Postanowiłam zaczekać chwilę, żeby zobaczyć co się będzie działo dalej. 
Ale obudził się Mężuś i natychmiast zapytał co się dzieje. Powiedziałam, że nie jestem pewna, ale to chyba wody. Na co on: "To jedziemy do szpitala". Spokojnie spakowaliśmy kosmetyki, wzięliśmy torby pod pachy i dawaj na izbę przyjęć. 
Tam poleżałam pół godziny pod KTG, pani doktor dokonała badania i zawyrokowała, że to nie wody, tylko... mocz. Dziecko ułożyło się tak, że ucisnęło pęcherz, no i stało się... 
Wróciliśmy do domu rozczarowani ale i zadowoleni. Rozczarowani, że Luizka jeszcze nie jest z nami, ale zadowoleni, że w kluczowym momencie wyjazdu do szpitala nie pokłóciliśmy się w emocjach. :) 
Ciekawe ile jeszcze przyjdzie nam czekać na prawdziwy poród?

Póki co, jeszcze trzeba:
- skręcić łóżeczko (czekamy na śruby)
- skompletować wózek
- schować kilka gratów w sypialni (nie ma gdzie, ratunku!) 
- sprawdzić informacje na temat szczepień (mętlik w głowie)
- podpisać umowę z bankiem komórek macierzystych (cały czas się wahamy)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz